“Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” Janusz Leon Wiśniewski
Kolejna tegoroczna premiera, okrzyknięta najbardziej osobistą powieścią tego poczytnego polskiego autora. Wiśniewski wprowadza swojego bohatera w śpiączkę, po czym uderza w niego wciąż żywymi wspomnieniami, nieodzownie łączącymi się z kobietami jego życia. Powieść jest serią retrospekcji, które po latach niespodziewanie upominają się o uwagę bezimiennego bohatera. Wykopane spod gruzów pamięci, wystawiają matematykowi rachunek sumienia. “Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” to introspekcja intymna - wnikliwa, niepohamowana, czasem poruszająca, często odpychająca, wystawiająca empatię czytelnika na próbę. Czy można sprostać takiemu wyzwaniu, będąc (tylko) człowiekiem, autorem, obserwatorem…?
Dawno tak wcześnie nie dowiedziałam się o planach Wiśniewskiego i nie byłam tak uradowana długo oczekiwanym wydaniem. Żadna z powieści mojego ulubionego polskiego pisarza nie pozostawiła jednak tak mieszanych uczuć… Ach, Panie Wiśniewski…
Mózg matematyka, myśli mężczyzny
Główny bohater budzi się w holenderskiej klinice z kilkumiesięcznej śpiączki i dowiaduje, że z całego świata pielgrzymowały do niego kobiety, którym w przeszłości poświęcił jakąś cząstkę swojego życia. Ten fenomen streszcza całą fabułę, w której nie chodzi o akcję, a reakcje - jego na nie, ich na niego. On - mężczyzna wykształcony, obyty w świecie, imponujący wiedzą i najwyraźniej też aparycją. One - kobiety skrajnie różne, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. Każda kiedyś jego, chociaż na chwilę. Sytuacja nie do pomyślenia… Od samego początku w głowie - bohatera, czytelnika - dudni jedno pytanie: dlaczego?!

(Nie)Zbyt
Zadziwiające, jak żywe są wspomnienia przywoływane przez głównego bohatera. Każda z jego byłych partnerek rysuje się wyraźnie w jego pamięci. Żadna historia nie zaczyna się podobnie, większość jednak kończy tym samym schematem: samiec bierze, co i jak długo chce, po czym znika. Zostawia je, usuwa z życia, poświęca swoim kolejnym projektom - daje pochłonąć pracy, nie rejestrując nic poza nią. Do następnego razu, i tak za każdym kolejnym. Ze wspomnień wyłania się obraz stereotypowego samca - mężczyzny myślącego o zaspokojeniu własnych potrzeb, ulegającemu przemijającym fascynacjom, żyjącemu dla siebie zgodnie z własnymi, wątpliwymi zasadami. On i one, które pojawiają się i przemijają, błędne koło… Nie zaprzeczę, że każda z poszczególnych historii ma swój czar, przynajmniej na początku. W każdej jednak dominuje obraz faceta, który po latach emocjonalnego letargu zaczyna brzydzić się samym sobą, bo dociera do niego, że wyrządzonych krzywd nie cofnie, bolesnych wspomnień nie wymarze i w wielu wypadkach wybaczenia nie otrzyma.
Pomijając bezwzględności tłumaczone do pewnego stopnia samczą naturą, razi nagość. Może nie tyle nagość fizyczna, co obnażanie najintymniejszych szczegółów, i to tak osobistych, że na zawsze powinny zostać wyłącznie między tym dwojgiem, których dotyczą - nawet, jeśli ten związek należy już do przeszłości. “Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” to nie sam seks, ale tym razem czytelnik zdecydowanie za często zmuszony jest śledzić najbardziej osobiste fragmenty (współ)życia bohaterów. Fikcja literacka (?) nie jest tu dla mnie żadnym wytłumaczeniem. Można Wiśniewskiego ubóstwiać, ale podczas tej lektury nie raz poczuć się nieswobodnie i zastanawiać, czy to coś nie tak z obiorem, czy z przekazem…
Paps, czyli temat permanentny

“Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” to powieść nietypowa, inna od poprzednich książek Wiśniewskiego, nie do końca jasna ani przekonywująca. Mimo to chyba nikt nie zakwestionuje jej prawdziwości. Nie byłabym sobą, gdybym nie poleciła, ale tym razem z pewną dozą ostrożności…
+
- babcia Marta, uosobienie anielskiej cierpliwości,
- ludzki lekarz, nawiedzona nauczycielka i plejada przyciągających postaci długoplanowych,
- Paps,
- powitania, przy których dosłownie wstrzymuje się oddech,
- cinquino,
- pociąg do polskości - wspomnienia i słabości,
- “jedyne wino, które Niemcom i im winnicom się udało”,
- te Wiśniewskiego nietypowe, trafne twory wyrazowe (“bezpieczna normalność codzienności” i inne),
- miłość spełniona,
- magiczne koincydencje,
-
- ostatnie bliskości, “nawracające zapalenia duszy”,
- samcze skurwielstwo i inne mocne epitety, na które można się napatoczyć, a wcale się nie chce - jakieś takie nie-Wiśniewskie,
- nieprawdziwe poniekąd prawdy i wynikające z tego konsekwencje,
- samce i jawni szowiniści, dają po oczach nawet z drugiego planu.
Komu polecam?
Trudno mi zdecydować… “Wyznawczynie” Wiśniewskiego tej powieści na pewno sobie nie odpuszczą, choć nie polecam tym, które znajdują się na życiowym zakręcie i czują jedną z wielu, a tak najbardziej chciałyby być tą ostatnią, nieprzemijającą. Z drugiej strony, mogą w bohaterkach znaleźć motywację, jak się podnieść i zdecydowanie ruszyć dalej. Ciężko ocenić, niełatwa ta lektura… Na pewno polecam córkom, którzy kochają swoich ojców ponad wszystko. Niepoprawne romantyczki mogą w obliczu tylu historii z przeszłości zwątpić w magię miłości - chyba, że zdolne są cieszyć się chwilą, nie bacząc na jutro. Polecam wielbicielom bohaterów rehabilitujących się duchowo, wnikliwym introspektorom i ciekawskim, którzy próbują zrozumieć kobiety (nie zrozumieją, ale u Wiśniewskiego definitywnie znajdą bodźce do rozmyślań…).
A może też...
Niebawem wrócę do czytania tej książki. Aczkolwiek po przeczytaniu Twojej opinii w mojej głowie zasiane zostało ziarenko wątpliwości, czy aby ta książka mi się w pelni spodoba. Co do recenzji-perfekcyjna
OdpowiedzUsuńDzięki :)
UsuńJakoś nie mogę się zdecydować, ale inna przecież nie znaczy zła..