“We wspólnym rytmie” Jojo Moyes
Moyes to dopiero potrafi poruszyć… Nawet nie potrzebuje niezwykłej scenerii, skomplikowanych charakterów ani nieżyciowych zdarzeń - jej wystarczy życie, jakim je widzi, i historie, z którymi się zetknęła, a zasiały ziarno we wrażliwym wnętrzu autorki. Nie znaczy to, że jej książki są ckliwe czy cukierkowe. Właściwie żadna taka nie jest, a każda pozostawia ślad. “We wspólnym rytmie” to powieść przepełniona pasją, przebijającą się przez szarości, rozczarowania i niesprawiedliwości. To książka o marzeniach przysłoniętych przeciwnościami i nadziei, o której dorosłym zdarza się niekiedy zapominać.
Biorąc pod uwagę posłowie i ten skrawek prywatności, którym Jojo Moyes dzieli się publicznie, widać jak na dłoni, ile dla autorki znaczy jeździectwo, jaką wiedzę na ten temat posiada i jakim szacunkiem darzy konie. Jej obeznanie i empatia to - obok doprawy złożonej, na domiar złego komplikującej się historii bez perspektywy na szczęśliwe zakończenie - największy atut tej powieści. Z Moyes nigdy nie wiadomo, na czym stanie, dopóki nie przewróci się ostatniej strony. Tego, że będzie emocjonalnie, można być pewnym.
Długa droga
Przypadek stawia Natashę na drodze Sarah albo odwrotnie. Prawniczka odnosząca większe sukcesy na sali rozpraw, niż we własnym małżeństwie, i dziewczynka wychowywana przez dziadków, rozwijająca skrzydła jedynie na grzebiecie swojego ukochanego konia - to konfrontacja, która nadaje tej historii rytm, albo próba sił, niosąca każdą z bohaterek dalej, niż ta by przypuszczała. Moyes obserwuje postacie w warunkach, do których obie muszą się przystosować. Ich wypracowane rutyny zostają zaburzone, a mimo to coś pcha i jedną, i drugą w tę samą stronę. Autorka nie byłaby sobą, gdyby nie wymyśliła wyzwania zaskakującego czytelnika.
Z każdego rozdziału aż bije hołd oddawany koniom, tym mądrym i pięknym zwierzętom, dzięki którym ludzie wzbijają się na wyżyny swoich umiejętności. Boo ma nieopisany wkład w więź, jaka łączy czternastolatkę z dziadkiem, byłym członkiem legendarnej Le Cadre Noir. Ich relacja, oparta na dyscyplinie, ciężkiej pracy i bezwarunkowym zaufaniu, owocuje postępami Sarah, pozwalającymi jej śnić na jawie. Brak sukcesów szkolnych czy towarzyskich w pełni rekompensuje dziewczynce świat, w którym nie istnieje dla niej otoczenie. W tym podobna jest do niej Natasha, uciekająca od po części niezależnych od niej, życiowych porażek w pracę. Starsza z bohaterek jest tak samo niedostępna, jak młodsza, zupełnie jakby pochodziły z innej rzeczywistościs, która liczy się dla nich bardziej niż codzienność. Do momentu, kiedy zostaną sam na sam, zmuszone spojrzeć sobie w oczy…
Osobiście

- nana i papa - kto miał, zrozumie, i nigdy nie zapomni,
- Boo, czyli koń o psim charakterze,
- przypadkowi, pomocni ludzie, małe akty dobroci i małe kroczki,
- to coś, co pozwala porozumieć się kobietom bez względu na dzielące je różnice,
- żeby było sprawiedliwie: kilka całkiem przyzwoitych, męskich osobowości,
- prawdziwość, jakby autorka dzieliła się swoją pasją, swoimi wspomnieniami i wrażeniami,
- wzruszenia spadające jak grom z jasnego nieba, jak to u Moyes,
- dopowiedzenie historii z prologu,
- dedykacja w posłowiu,
- francuskie tłumaczenia,
- niespodziewana zmiana ról - na to nigdy nie jest się gotowym,
- banalne zawodowe zaniedbanie, które zupełnie nie pasuje do całego obrazka,
- oblech, zboczeniec i ‘biznesmen’ w jednym,
- jeden do jednego…
Komu polecam?
To kolejna książka Jojo Moyes, którą poleciłabym każdej kobiecie, młodszej czy starszej, chcącej skierować swoją uwagę na małe kroczki i wielką dobroć. “We wspólnym rytmie” będzie idealne dla kogoś, kto kocha konie albo w wyjątkowy sposób chciałby się o nich więcej dowiedzieć. Polecam tym, którzy już raz popełnili błąd albo zrezygnowali z czegoś w życiu najważniejszego, bo łatwiej będzie im się wczuć w sytuację bohaterów, a może i spojrzą na swoje decyzje z innej perspektywy. Nie polecam, jeśli ktoś akurat szuka nieskomplikowanej i lekkostrawnej rozrywki, albo nie potrzebuje więcej wzruszeń. “We wspólnym rytmie” to książka absorbująca uwagę niczym koń galopujący ku nieznanemu - bo celu nie da się przewidzieć, ale na pewno się przeżyje.
A może też...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz